II

-Czemu się aż tyle spóźniłaś? -usłyszałam, gdy tylko zasiadłam w ławce obok mojej najlepszej przyjaciółki Emily.
- Potem ci ... - dzwonek zadzwonił, a ja westchnęłam i włożyłam do plecaka, nie do końca rozpakowane książki. Wyszłyśmy razem na korytarz i przystanęłyśmy obok mojej szafki.
- No więc? Czekam na wyjaśnienia - roześmiała się Emily.
- Czy muszę ci o wszystkim mówić?! - wybuchnęłam. Jej wyraz twarzy momentalnie zmienił się z pogodnego na wściekły. - Przepraszam. - powiedziałam. - Po prostu zaintrygował mnie jeden chłopak...
- Wohooo - klasnęła w dłonie i uśmiechnęła się od ucha do ucha - w końcu. Myślałam, że nigdy się nie zakochasz.
- Bo się nie zakochałam . - rzekłam, zamykając szafkę, po czym oparłam się o nią - No bo... uh... Dzisiaj idąc do szkoły zauważyłam chłopaka. O rok lub dwa starszego ode mnie. Grał na ulicy. Widać było, że jest biedny i skrzywdzony  przez los.
- I ? - dziewczyna zaśmiała się .
-Zastanawiałam się jak mu pomóc - Emily jeszcze głośniej wybuchła śmiechem.
-Ż-że co? - wydusiła - Olivia, nie zbawisz całego świata.
Po zastanowieniu zarzuciłam torbę na ramię.
-Mam tego dość. - wyrzuciłam niedbale słowa i odeszłam.
- Gdzie idziesz?! - usłyszałam wołającą mnie przyjaciółkę. Odwróciłam się na pięcie i powiedziałam:
- Wychodzę ze szkoły. Pieprze to wszystko. - machnęłam rękę i otworzyłam szkolne drzwi wyjściowe. Stanęłam przed budynkiem i chwilę zastanowiłam się gdzie tak naprawdę chcę iść. Po sekundzie zdecydowałam. Ruszyłam w stronę miejscowego teatru.Przejeżdżając jeden przystanek autobusem, znalazłam się przy wyjściu ewakuacyjnym tego miejsca.  Tym razem jednak nie usłyszałam dźwięków gitary, lecz wrzaski i jęknięcia. Pobiegłam jak najszybciej do miejsca, z którego dochodziły odgłosy. W jednym momencie zaniemówiłam. Na schodach leżał Justin, zwijający się z bólu. Jego twarz była cała we krwi, a na kolanie pojawiła się ogromna rana.
- Justin! - podeszłam do niego i kucnęłam . - C-co się stało? - popatrzył na mnie i próbował zahamować łzy.
- Nic.... nieważne. - odpowiedział z zachrypniętym głosem. - Idź stąd! Nie potrzebuję niczyjej pomocy! - wrzasnął trzymając kurczowo nogę.
-Nie zostawię cię tu w tym stanie. Dzwonię po karet...
-Nie! Czy do cholery jasnej nie potrafisz zrozumieć słów IDŹ STĄD?! - moja ręka, którą miałam wyciągnąć telefon powędrowała wyżej. Zasłoniłam nią usta. Nie mogłam patrzeć jak cierpi i nawet nie zauważyłam, gdy z oczu popłynęły mi rzewne łzy.
- Możesz przyjść do mnie. Dam ci tylko opatrunek i będziesz mógł iść. Ale na pewno nie zostaniesz tutaj sam w takim stanie. - wstałam i wyciągnęłam dłoń, by ten mógł się jej złapać. Nic nie mówiąc zrobił to. Podniósł się , cały czas jęcząc z bólu. W drodze do domu nie chciałam go męczyć. Widać było, iż był zmęczony i ledwo co trzymał się na nogach. Gdy już doszliśmy , upewniłam się, że nie ma  rodziców, a następnie weszliśmy do środka.
-Połóż się. -wskazałam na kanapę. Justin zrobił to o co poprosiłam, a ja szybko popędziłam po lód i jakiś bandaż.
-Mam nadzieję, że to pomoże... - przykucnęłam obok niego i położyłam mu zimny okład na kolano z raną. Przeraźliwie jęknął i kurczowo złapał się za nogę. - przepraszam. Nie da się tego inaczej zrobić... Zaraz ból ustanie. - uśmiechnęłam się, a on pierwszy raz spojrzał mi w oczy i  również rozszerzył kąciki ust. Siedząc tak przy nim chwilę, postanowiłam zacząć konwersację.
- Kto ci to zrobił ? - spytałam z żalem.
- Nieważne. Nie mieszaj się w to, okej? - przełknęłam ślinę. Pare minut siedzieliśmy w ciszy.W końcu jednak zauważył, że martwię się o niego, bo powiedział - To był...  otworzyłam szerzej oczy. - To był mój ojciec. - poczułam jak serce stanęło mi w miejscu.
-J-Jezu... - zaczęłam płakać. - To okropne. Pozwalasz by tak tobą pomiatał?
-Oczywiście że nie - zaśmiał się. - Wyprowadziłem się od tego sukin..... - nie dokończył słowa - wyprowadziłem się od niego od razu po skończeniu osiemnastki.
-To czemu teraz... ?
- Nie chcę o tym mówić. -przerwał mi momentalnie. - Zresztą muszę już iść. Siedzę tu już prawie godzinę.
- Okej... - przytaknęłam pomagając mu wstać. Poszliśmy do drzwi wyjściowych. Gdy Justin narzucił na siebie kurtkę i założył buty, powiedział :
-Dziękuję. - następnie nacisnął klamkę i wyszedł.
Teraz przysiadłam na kanapie i zaczęłam rozmyślać jeszcze bardziej niż gdy ujrzałam go pierwszy raz...

I


Światło wbiło się do mojego pokoju. Chciałam jeszcze spać, ale widok mamy stojącej nade mną, od razu mnie zbudził. Wiedziałam, że muszę iść do szkoły, chociaż tak strasznie mi się nie chciało.

-W końcu wstałaś Olivia. – zawołała radośnie mama, wychodząc z pokoju.

- Cholernie się cieszę – mruknęłam podchodząc do drzwi i zamykając je na klucz. Wzięłam szczotkę i uczesałam moje falowane włosy. Po tym jak  narzuciłam na siebie jakieś ciuchy, odbyłam wizytę w łazience i zjadłam śniadanie, popędziłam do wyjścia.

- Cześć mamo, cześć tato . – zawołałam z sarkastycznym optymizmem, po czym wyszłam i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Szłam w stronę przystanku. Miałam jedynie 3 minuty do odjazdu autobusu, ale szczerze ? Miałam to gdzieś. Idąc tak wolno zauważyłam, że na schodach przed miejscowym teatrem gra na gitarze 18, a może 19-letni chłopak, śpiewając przy tym utwór „With You” Chrisa Browna. Ta piosenka była moją ulubioną, tak więc przystanęłam na chwilę. Wokół niego nie było w ogóle ludzi, a pokrowiec od gitary zawierał jedynie pare dolarów. Ciekawiło mnie czemu. Miał naprawdę cudowny głos. Gdy skończył uśmiechnęłam się promiennie, podeszłam i wrzuciłam wszystko co miałam w portfelu.

-Wow… dziękuję – spojrzał na mnie z wyrzutami sumienia – ale nie mogę aż tyle przyjąć. – wstał ze schodów, kładąc gitarę obok siebie.

- Oczywiście, że możesz. – zaśmiałam się. – Przecież po to tutaj jesteś, no nie? – kiwnął głową. Przyjrzałam mu się. Był strasznie przystojny. Jego włosy rozwiane od wiatru, jego brązowe oczy były tak idealne. I chociaż stał przede mną ubrany w podartą koszulkę i dziurawe dżinsy, to nie przeszkadzało  mi to. Widać było, że to szczery i uczciwy mężczyzna, skrzywdzony przez los.

- Na co zbierasz? – spytałam naiwnie. Widząc jego ciuchy, mogłam się przecież domyślić, że nie ma za dużo kasy.

- Na życie. –Spochmurniałam, a on zaśmiał się. – spokojnie.

- Nie idziesz do szkoły?  -zmieniłam temat na byle jaki.

- Pieprzyć szkołę. – odpowiedział, usadawiając się na schodach. – Ludzie mają poważniejsze problemy niż siedzenie w ławce i słuchanie tych walniętych, wykształconych idiotów.

- Może gdybyś zajął się tym co ci walnięci, wykształceni idioci, nie musiałbyś dzisiaj tu siedzieć i prosić o pieniądze. – odwrócił głowę, a mi natychmiast zrobiło się głupio i pożałowałam słów, które wypowiedziałam. Szybko podeszłam do niego i rzekłam:

- Jestem Olivia. – rozpogodził się i wyciągnął rękę.

-A ja Justin.

Spoglądając na telefon, zauważyłam, że jest całkiem późno.

-Chyba.. muszę już iść… Mam autobus za pare minut a na pierwszą lekcję i tak się spóźniłam. – skrzywił się.

-No to… to hej – pomachał mi, widząc jak odchodzę.

Gdy szłam, mogłam tylko usłyszeć pierwsze dźwięki na gitarze, które cichły z każdym krokiem… Wciąż w głowie miałam jego słowa. „Na życie” . Czy naprawdę był aż tak biedny? Czemu nie mógł pójść do pracy? Ah.. no tak. Bo olewa szkołę, przez co nie ma najmniejszego doświadczenia. Zastanawiałam się jak mu pomóc. Jak sprawić by jego życie stało się lepsze. Z taką myślą weszłam do klasy, mówiąc:

-Przepraszam za spóźnienie. Uciekł mi autobus.

Początek ;)

Postanowiłam zacząć pisać opowiadanie o Justinie, ponieważ pare osób mi to proponowało :) Mam nadzieję, że Wam się spodoba . Dodawajcie komentarze, obserwujcie, udostępniajcie.

Tak jbc. Justin w tym opowiadaniu NIE JEST SŁAWNY .