VIII OUR LOVE IS INDESTRUCTIBLE

OLIVIA’S POV
Miałam dziwne wrażenie, że od tych dwóch tygodni kiedy nie widziałam się z Justinem, nic się nie zmieniło. Cały czas wahałam się i nie wiedziałam czy znów mu zaufać i nie robić afery z tego wszystkiego czy nie… Byłam w totalnej rozsypce, bo z jednej strony chęć jego bliskości, a z drugiej odepchnięcia go od siebie i znowu normalnego życia. Poza tym pokłóciłam się z mamą jakieś milion razy. Tata całe dnie przesiadywał w pracy, a ona chyba nie miała nic ciekawszego do roboty niż wpieprzanie się w moje życie. Jednym słowem wszystko się waliło. Wtedy usłyszałam wibrację mojego telefonu. Momentalnie podniosłam się z łóżka i odebrałam od nieznanego numeru.

-Halo? – powiedziałam cichym głosem, nie wiedząc kto może do mnie dzwonić o 9-ej rano.
-Witam, tu policja. Pan Bieber chciał z panią rozmawiać. – najpierw się ucieszyłam, bo nie rozmawiałam z nim od dwóch tygodni i cholernie chciałam usłyszeć jego głos. Jednak potem zaczęłam się zastanawiać czy to  na pewno dobry pomysł.
-Dobrze… - powiedziałam i opuściłam głowę w dół, czując niesamowitą radość, ale i strach jednocześnie. 
-Cześć, kochanie. – mruknął namiętnym głosem. W moim brzuchu zaczęły latać chyba tysiące motyli, bo jego głos był tak seksowny że zapragnęłam go teraz obok siebie.
-Hej, Justin. –odpowiedziałam nieświadomie uśmiechając się.
-Bardzo za tobą tęsknię. Olivia, tu jest okropnie. – mówił coraz smutniejszym tonem.
-To tylko twoja wina… - powiedziałam nieco uszczypliwie, ale potem zrobiło mi się go żal. – Przepraszam. Po prostu jestem … nieważne.
- Mów, Olivia. Co się stało? – zapytał. Machnęłam ręką i pokręciłam głową.
-Nic. Porozmawiamy jak wyjdziesz.
-O ile wyjdę – dodał szybko, a ja stanęłam w miejscu ,przestając chodzić po całym pokoju.
- Co ty powiedziałeś ? – mój surowy ton chyba nieco go zdziwił, bo długo milczał. Gdy zdecydował się coś powiedzieć, to jego głos był cichy i nieśmiały.
-Nie jestem pewien czy tu nie zostanę. Ale nie przejmuj się. – dodał po chwili.
-Justin, muszę z tobą poważnie porozmawiać. – odchrząknął.
-Dobrze. – wtedy usłyszałam w tle męski głos, który  mówił „Panie Bieber, 5 minut minęło” – Olivia, muszę kończyć.
-Kiedy zadzwonisz następnym razem?- spytałam już czując tęsknotę.
-Postaram się jak najszybciej, ale nie wiem kiedy te cholerne gliny mi dadzą czas na rozmowę.. -  ściszył ton i dodał – Kocham cię bardzo mocno. Chciałbym być obok ciebie. Cześć. – powiedział, a po paru sekundach już słyszałam dźwięk odkładania słuchawki.

-WSPANIALE – powiedziałam po skończeniu rozmowy. Miałam mu coś powiedzieć, a jak zwykle  uległam. Ale czy to moja wina, że on jest tak cholernie seksowny? Zachichotałam cicho i ponownie usiadłam na łóżku. Położyłam sobie laptopa na kolanach i włączyłam go. Kiedy w końcu się uruchomił, napisałam do Emily na chacie. Chciałam się z nią wreszcie pogodzić, zwłaszcza że czułam się strasznie samotna gdy Justina nie było przy mnie.

„Hej. Spotkamy się? Proszę, to dla mnie ważne :) „

Kliknęłam  przycisk „wyślij” i czekałam na odpowiedź. Już po paru sekundach na ekranie wyświetlił mi się czerwony znaczek przy ikonce wiadomości. Weszłam w naszą rozmowę i ujrzałam:

„Okej,jeśli ci zależy”

Uśmiechnęłam się, bo fajnie było wiedzieć że znów ją zobaczę i że będziemy mogły pogadać.Tęskniłam za tym i miałam nadzieję,że odbudujemy nasze relacje bez względu na to co się stanie w moim związku.
JUSTIN’S POV

Czekałem na porę obiadową jak nigdy wcześniej. Nienawidziłem tego jedzenia, ale myśl że to jedyna chwila kiedy mogę porozmawiać z ludźmi, sprawiała że wyczekiwałem na nią od rana. Co prawda rozmawiałem tylko ze Stevem bo pozostali więźniowie byli naprawdę zdrowo pieprznięci. Oni pewnie też tak o mnie myśleli, jednak ich zdanie mało mnie obchodziło.  Najgorsze w tej całej sytuacji było to że nie mogłem utrzymywać kontaktu z Olivią. Dzisiejszy telefon był dla mnie jak zbawienie, bo mogłem przynajmniej usłyszeć jej głos. Jej przestraszony, cichy i nieco smutny głos. Miałem ochotę ją wtedy przytulić,aby znowu widzieć ją szczęśliwą.
-Obiad, panie Bieber! – krzyknął mi tuż nad uchem ochroniarz. Momentalnie podniosłem się z podłogi i otrzepałem spodnie z kurzu. Kiedy już otworzył mi celę, niemalże pobiegłem do jadalni. W pomieszczeniu panował jak zwykle wielki chaos. Jedni się tłukli, jedni wrzeszczeli, a inni próbowali wcisnąć się na początek kolejki. Ja nie zamierzałem robić nic z tych rzeczy. Chciałem tylko znaleźć Steve’a.Miałem pomysł, by po prostu krzyknąć jego imię, ale powstrzymałem się gdyż zobaczyłem jak stoi przede mną.
-Myślałem, że cię nie znajdę – zaśmiałem się, a on rozszerzył kąciki ust.
-Jak rozmowa z dziewczyną?  -spytał, poprawiając okulary, na co zachichotałem. On był naprawdę śmieszny.
-Sam nie wiem. Była jakaś dziwna i spięta. Mówiła, że musi ze mną poważnie porozmawiać. – wzruszyłem ramionami, a Steve wykrzywił usta.
-Laski są niepojęte…  - wydąłem policzki i pokiwałem głową.
-Nawet nie wiesz jak bardzo . –potwierdziłem i spojrzałem jeszcze raz na chłopaka. –Nie myślałeś kiedyś o zmianie image’u ? – spytałem i uśmiechnąłem się.
-Justin, mówisz do człowieka po mat-fizie. – włożyłem ręce w kieszenie, a potem obległem go na około.
-W sumie…gdybyś zdjął okulary, postawił włosy na żel i nieco opuścił spodnie to..
-Wyglądałbym jak ty- dokończył za mnie, a ja wybuchłem śmiechem.
-Po prostu nie wyglądałbyś jak lamus- zażartowałem, a Steve udał pozę obrażonego.
-Nie wyglądam jak lamus!- zaprzeczył z uśmieszkiem wymalowanym na twarzy.
-Trochę wyglądasz. –uderzyłem go symbolicznie pięścią w ramię, a następnie poszedłem w stronę okienka gdzie wydawano jedzenie. Jak zwykle nałożono mi jakieś g*wno, które nawet nie przypominało jedzenia. Westchnąłem ciężko i usiadłem przy stoliku,gdzie siedział już mój „kolega”.
-Nie jesz? –zapytałem, patrząc z obrzydzeniem na to co mam na talerzu. On również popatrzył na to coś i pokręcił głową.
-Chyba się nie skuszę.- miałem zamiar mu odpowiedzieć, ale poczułem ciężki oddech  na plecach. Odwróciłem się, a sekundę później ujrzałem ochroniarza, który patrzył na mnie surowym tonem.
-Policja chce z panem porozmawiać. – powiedział zakładając mi kajdanki. Wstałem i pożegnałem się ze Stevem a następnie poszedłem za tym gościem.

OLIVIA’S POV

Rozłożysta łąka, kwiaty które oświecane były przez słońce, Justin i ja. Leżeliśmy na trawie, a  nasze czoła stykały się ze sobą. On obejmował mnie w pasie, a  jego czułość była dla mnie odczuwalna w każdej sekundzie. Każdy jego dotyk, słowo było czymś czego nie mogę opisać słowami.

-Kocham cię. –wyszeptał Justin i delikatnie musnął mój policzek, potem przenosząc się coraz bliżej ust, aż w końcu zetknął się z nimi. Wtedy złapałam za jego postawione na żel włosy i delikatnie się nimi bawiłam. Przysunęłam się jeszcze bliżej, splatając nasze nogi ze sobą.Byliśmy jak jedność kołysząca się raz w jedną, raz w drugą stronę. Każdy ruch wychodził z czegoś. Z poczucia bezpieczeństwa, z pożądania jakie rozpierało nas od środka i z potrzeby bycia razem.

-Ja ciebie też- odpowiedziałam namiętnym głosem, na co on zachichotał i zjechał dłonią nieco niżej, dotykając jednocześnie mojej dolnej partii ciała. Wyszeptałam cicho jego imię. Juss powolnym ruchem usiadł, wciąż mnie całując. Usadowiłam się na nim okrakiem, po czym zaczęłam przejeżdżać palcem po jego szyi. Muskał każdy centymetr mojej twarzy, nie pozwalając bym się spięła. Chciał żebym teraz po prostu się zrelaksowała i odpoczęła w jego ramionach.Tym razem nie przyspieszaliśmy tempa pocałunku. Nie chcieliśmy doznać ekscytacji. Po prostu chcieliśmy utonąć w swoich uczuciach.
-Justin… -wyszeptałam mu do ucha,a mój chłopak otworzył oczy i spojrzał prosto w moje. – Obiecaj proszę, że nigdy mnie nie opuścisz. Złapał mnie za dłoń, jednocześnie ściskając ją mocniej. Potem musnął moje czoło.
-Obiecuję… - powiedział, chwytając mnie za rękę i przenosząc swój wzrok na niebo.

Szybko wzdrygnęłam, łapiąc powietrze. Momentalnie podniosłam się z łózka i przetarłam oczy, które były załzawione. Boże, dopiero po tym śnie zdałam sobie sprawę z tego jak bardzo za nim tęsknię i jak bardzo go potrzebuję. Chciałam go mieć przy sobie, bez względu na to co zrobił i jakie niebezpieczeństwa za tym stoją. Był jedynym człowiekiem wywołującym uśmiech na mojej twarzy i nie wyobrażałam sobie życia bez niego.
-Mamo! –krzyknęłam, jednocześnie zdejmując piżamę i zakładając na siebie parę jeansów oraz koszulę.
-Co chcesz Oliwia?! –wrzasnęła z dołu. Wywróciłam oczami i pobiegłam do łazienki.
-Zaraz wychodzę! – umyłam zęby, nałożyłam podkład, a potem w parę sekund pomalowałam rzęsy. Nawet nie miałam zamiaru zjeść śniadania, bo chciałam jak najszybciej popędzić na komisariat. Liczyłam, że policja pozwoli mi się zobaczyć z Justinem. W końcu był tylko w areszcie…

JUSTIN’S POV

Znowu ta przytłaczająca szarość otaczająca mnie dookoła i widok na kraty w celi. Tak.. to się nazywa ciekawy sposób na spędzanie czasu. Wtedy usłyszałem jakiś dziewczęcy głos, który wyraźnie o coś prosił. Podniosłem się z miejsca i podszedłem bliżej krat, aby nasłuchiwać. Pewnie miałbym tą całą sytuację  gdzieś, ale ten głos dokładnie mi kogoś przypominał. Nie był jednak na tyle głośny abym mógł usłyszeć kto to był.

-Proszę, tylko na chwilę! –mówiła dziewczyna, prawie płaczliwym tonem.
-Ale… - zaczął ochroniarz.
-To ważne… -dokończyła zrezygnowanym tonem.  Usłyszałem ciężkie westchnięcie mężczyzny. Potem tylko stukot obcasów rozchodził się po całym budynku. Ten ktoś szedł w moją stronę, do mojej celi. Czułem to.  Podejrzewałem kto mógł to być, ale nie byłem do końca pewien. Postać zbliżała się,a  ja zacząłem być zdenerwowany i zestresowany, sam nie wiem czemu. Może dlatego że przez parę tygodni nie miałem prawie kontaktu z ludźmi.

-To tutaj.  –rzekł  ochroniarz. Wzdrygnąłem i ujrzałem wychodzącą zza rogu osobę.

-Cześć, Justin. –powiedziała Olivia, delikatnie uśmiechając się.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------
i jest kolejny rozdział! Wszystko tak się opóźnia przez naukę,przepraszam ;c
ale jeśli już przeczytałeś/aś to wyraź swoją opinię w komentarzu ;) to dla mnie ważne, bo daje motywację :)

VII. I HATE THIS FUCKING PLACE...

OLIVIA’S POV
Po złożeniu zeznań na policji, modliłam się tylko o to żeby Justin się odezwał. Nie mogli go tak po prostu zamknąć. Przecież on nic tak naprawdę nie zrobił, oprócz tego że wszedł do tego baru z bronią… Nikomu się krzywda nie stała. Zamiast łapać prawdziwych przestępców takich jak Matt, to oni zajmują się niewinnymi ludźmi. A przecież jego „wizyta” u mnie mogła skończyć się dużo gorzej…

-Kurwa… -wypowiedziałam cicho, widząc kto właśnie stał przede mną. Uśmiechał się szyderczo i zaczął pukać w szybę. Nie chcąc by moja mama cokolwiek usłyszała, natychmiast otworzyłam, pomimo towarzyszącego mi strachu.
-Czego chcesz, Matt? – spytałam drżącym i pełnym obaw głosem. Starałam się to wszystko jednak ukryć pod warstwą silnej i zdeterminowanej dziewczyny.
-Powiedz mi tylko gdzie jest Bieber, dobrze słoneczko? – powiedział z łobuzerskim uśmieszkiem na twarzy i zaczął głaskać mnie po policzku. Poczułam wewnętrzne obrzydzenie tym jak  mnie nazwał i szybko odtrąciłam jego rękę, cofając się w drugi kąt pokoju.
-Nie wiem gdzie on jest. – powiedziałam, choć miałam ochotę mu wykrzyczeć  żeby więcej mnie nie dotykał. Jednak powstrzymałam się, bo nie chciałam dodać sobie więcej problemów.
-Oh wiesz… -znowu skierował się w moją stronę. Moje serce zabiło szybciej, a oddech nie mógł się uspokoić.
-N-nie zbliżaj się do mnie – powiedziałam stonowanie, ale nic nie podziałało .Dłużej nie miałam zamiaru czekać aż mi coś zrobi. Uchyliłam drzwi i krzyknęłam pełna strachu, który wypełniał mnie całą – Mamo! – gdy to usłyszał, zasłonił mi usta ręką i przycisnął do ściany. Wyrywałam się na wszystkie sposoby. Słyszałam kroki na schodach i  po chwili  moja mama pojawiła się w pomieszczeniu.
-Jezu, Olivia! – podbiegła do mnie, a Matt odstąpił krok w tył. – Dzwonię na policję! – powiedziała, wyjmując telefon.
-Tylko się odważysz! – zagroził, wytrącając jej urządzenie z rąk. Mama stanęła, łapiąc się za serce. Ja tylko przypatrywałam się sytuacji, czując że tracę grunt pod nogami.
-Idź stąd, proszę… - mówiłam błagalnym tonem, na co Matt się zaśmiał.
-Oh, tak się was boję –śmiał się szyderczo, powoli wyjmując broń z kieszeni.Obie zaniemówiłyśmy i już chciałyśmy uciekać, gdy on przyłożył pistolet do skroni mojej mamy.
-Ruszysz się to ci coś zrobię –powiedział, przyjmując poważny wyraz twarzy. Momentalnie podbiegłam do biurka i wzięłam szklany wazon w ręce, a potem zachodząc go od tyłu, chciałam go rozbić na jego głowie. Jednak Matt odwrócił się i wyrwał mi przedmiot, uderzając nim o głowę mojej mamy, powodując że upadła na podłogę.
-Jezu! Mamo! – krzyknęłam i ukucnęłam obok niej, próbując zobaczyć czy nic jej nie jest.

Wzdrygnęłam przypominając sobie co wtedy czułam. To było okropne, a fakt że on wciąż jest na wolności, sprawiał że bałam się coraz bardziej.
-Olivia,przyjdź proszę! –zawołała moja mama z dołu. Westchnęłam i podniosłam się z łóżka. Zeszłam na dół, wiedząc że muszę jej pomóc bo od kiedy wyszła ze szpitala nie czuła się najlepiej.  Stanęłam tuż obok kanapy, na której leżała, a jej głośny oddech było słychać w całym domu.
-Mamo, wszystko dobrze? – spytałam i kucnęłam przy niej. Pokiwała głową i otworzyła zmęczone oczy.
-Tak. Po prostu trochę ciężej mi się oddycha. – uśmiechnęła się i złapała mnie za rękę, którą po chwili ścisnęła mocniej. –Ale muszę z tobą porozmawiać. – wywróciłam oczami w tył i spojrzałam na sufit, bo nie miałam najmniejszej ochoty na jakieś „poważne” rozmowy.
-Słucham… - powiedziałam od niechcenia i usiadłam na podłodze. Mama wzięła głęboki wdech i zaczęła.
-Czy chcesz czy nie chcesz, martwię się o ciebie. Zwłaszcza po tym co miało miejsce ostatnio. – popatrzyła na mnie ze smutkiem, który malował się na jej twarzy, a z każdym wypowiedzianym słowem coraz bardziej bała się mojej reakcji.
-Co chcesz przez to powiedzieć? – żartobliwie się uśmiechnęłam, aby rozluźnić napięcie, budujące się między nami.
-Rozmawiałam o tym z tatą. Oboje jesteśmy zdania, że… - tutaj wypuściła powietrze z ust i lekko się podniosła – że nie powinnaś się spotykać z Justinem. – już otworzyłam usta, by coś powiedzieć, ale ona nie dała mi dojść do słowa. – Zanim się odezwiesz, zastanów się nad tym co TY byś zrobiła na naszym miejscu. – pokręciłam głową, nie traktując poważnie tego co mi oznajmiła.
-Rozumiem, że się martwisz, ale nie możesz mi choć trochę zaufać?
-Oh, oczywiście że ci ufam. Ale niestety nie ufam Justinowi. Nic tego nie zmieni, Olivia. Sprowadził na ciebie zbyt wiele nieszczęść. I co ? Teraz nagle mam powiedzieć że to jest ktoś kto może ci zapewnić bezpieczeństwo? – popatrzyła na mnie, czekając aż coś powiem. Ja jednak nie miałam zamiaru. – Nie, prawda? – opuściłam wzrok w dół, by nie widzieć smutku który z pewnością wyrażały teraz jej oczy. –To nie jest tak, że ja chcę dla ciebie źle. Ja po prostu nie chcę codziennie, gdy wychodzisz z nim gdzieś martwić się o to czy nie wylądujesz przypadkiem w szpitalu lub… -tu zawiesiła głos, a ja popatrzyłam na nią ze łzą w oku. Zaczęłam trochę rozumieć, że wcale nie jestem bezpieczna w tym związku. Że w każdej chwili może mi się coś stać i jak wielki ból zadaję tym mojej rodzinie i bliskim.
-Mogę iść do pokoju? – spytałam, chrypowatym i drżącym głosem. Mama pokiwała delikatnie głową i pogłaskała mnie po ręce.
-Zawsze możesz do mnie przyjść. – przygryzłam dolną wargę i natychmiast popędziłam na górę. Nie chciałam żeby widziała jak zaczynam wierzyć w jej słowa.Kochałam go bardzo, ale to chyba nie wystarczyło. Potrzebowałam jeszcze jakiegoś… Jezu, sama nie wiedziałam jak mam to nazwać.
-„Może pójdę na komisariat… spotkam się z nim ,powiem co czuję.” – myślałam, jednak po paru sekundach zdałam sobie sprawę z tego, że wcale nie chcę mu powiedzieć co czuję tylko najzwyczajniej w świecie się za nim cholernie stęskniłam!
Bezradność pociągnęła mnie na dół, powodując że usiadłam na zimnej podłodze i włożyłam twarz w dłonie.Czy ja w ogóle miałam jakieś DOBRE wyjście?!Z moich rozmyślań wynikało,że nie.
-„Ta cała sytuacja jest po prostu do dupy!” – krzyczałam w myślach, a wewnętrzna chęć dotyku Justina, a jednocześnie oderwania się od niego sprawiła, że głowa zaczęła mnie strasznie boleć. Sięgnęłam po tabletki, leżące na moim biurku. Połykając jedną, popiłam wodą. Przysiadłam na łóżku i zaczęłam się bawić moją poduszką, aby cały stres odleciał gdzieś daleko i nie wracał.

JUSTIN’S POV
Uderzałem jakimś patykiem w kraty celi, wystukując byle jaki rytm. Nie spałem całą noc, ale teraz też jakoś mi się nie chciało. Albo inaczej. Po prostu nie potrafiłem zasnąć. Miałem za dużo myśli i spraw na głowie, żeby myśleć o śnie.Wtedy usłyszałem jakieś kroki na korytarzu. Chwilę później stał przede mną ochroniarz. Wstałem, a on z kamiennym wyrazem twarzy otworzył celę. Wyszedłem z niej pełen obojętności.On  oznajmił(wciąż nie wykonując żadnej mimiki twarzy):
-Teraz pana kolej obiadu. Proszę za mną . – następnie obrócił się na pięcie i zaczął iść prosto. Kierowałem się tam gdzie on i odczuwałem coraz większy głód, który  mi doskwierał. Wszystko było takie monotonne i ponure. Szczerze nienawidziłem tego miejsca i miałem nadzieję, że po rozprawie sądowej mnie stąd wypuszczą.
-To tutaj. – oznajmił i wprowadził mnie do miejsca, które wyglądało jak zwykła, szkolna stołówka, tyle że o wiele bardziej obskurna i odrażająca.
-Tia.. dzięki . – powiedziałem sarkastycznie i wkładając ręce w kieszenie, podszedłem do miejsca gdzie leżały tacki na których można było położyć jedzenie. Ospale poruszałem się po pomieszczeniu, a przechodząc wśród wszystkich którzy tam byli, czułem się jak w psychiatryku. Jedni się bili, drudzy rzucali jedzeniem, a trzeci wyzywali. W pewnym momencie poczułem, jak ktoś przypadkowo na mnie wpada.
-Co jest do cholery? –powiedziałem, odwracając się w drugą stronę. Miałem już krzyknąć, kiedy zauważyłem że za mną stoi chłopak w moim wieku, może nawet o rok młodszy. Był chudy, nie miał mięśni i okulary na nosie. W pierwszej chwili chciałem wybuchnąć głośnym  śmiechem, bo stał przede mną taki wystraszony, ale później zrobiło mi się go nawet żal.
-Przepraszam..-powiedział nieśmiałym i nieco cienkim głosem. – To nie było specjalnie. – spuścił wzrok w dół, widocznie bojąc się mojego spojrzenia.
-Dobra, nic się nie stało. – powiedziałem, cały czas patrząc na to jak drży ze strachu. – Serio, nic się nie stało. –poklepałem go żartobliwie po ramieniu, a on spojrzał na mnie i coraz mniej się bał.
-Jesteś na razie pierwszym  tutaj, który ma jeszcze trochę ludzkich odruchów. – zaśmiałem się i wyciągnąłem do niego rękę.
-Jestem Justin. – trochę, a raczej bardzo zdziwiony odwzajemnił gest.
-A ja Steve. – jeszcze raz objechałem go wzrokiem od stóp aż po czubek głowy i cicho parsknąłem śmiechem.
-Jestem strasznie ciekawy jak się tu znalazłeś, bo jakoś nie wyglądasz mi na rasowego przestępcę. – rozszerzył kąciki ust i począł iść w stronę  okienka, gdzie wydawano jedzenie, a ja podążałem razem z nim.
-Siedzę tu bo mnie wrobiono. – powiedział i wzruszył ramionami. – niestety policji można wmówić wszystko, a ci idioci i tak nie skapną się kto mówi prawdę.
-Debile – potwierdziłem.
-A ty? –obrócił się w moją stronę.
-Ja? Szkoda gadać. – machnąłem ręką i nim się zorientowałem miałem na tacce talerz z obiadem. O ile tak to można było nazwać.
-Mmm…apetycznie wygląda. –powiedziałem sarkastycznie, zajmując miejsce tuż obok Steve’a. Zaśmiał się.
- Przyzwyczaisz się. – odparł i zanurzył swój widelec w tym czymś, co nie wiem jak można było nazwać.
-Nie muszę się do niczego przyzwyczajać. Za tydzień lub dwa stąd wypieprzam. – od razu uniósł wzrok ku górze i spojrzał na mnie.
-Jak to? – powiedział, a jego ton był coraz smutniejszy.
-Jestem tylko aresztowany. Niedługo mam sprawę sądową.
-Jesteś pewien, że ją wygrasz?- zachichotał cicho i pokręcił głową. – Ja bym nie był taki pewien.
-Czemu  niby? –zareagowałem natychmiast i oparłem łokcie o stolik.
-Oni potrafią zrobić z niewinnego człowieka najgorszego bandytę, Justin. Ja…
-Panie, Bieber! – odwróciłem się i ujrzałem za sobą tego samego typa, który mnie tu przyprowadził.
-Tak? –spytałem ,wciąż siedząc.
-Proszę wstać. Przerwa dla pana się skończyła. – westchnąłem ciężko, zostawiając całą moją porcję.
-Hej, Steve!- pomachałem mu na pożegnanie i poszedłem za ochroniarzem.
Kiedy tak szliśmy, przyszło mi do głowy pewne pytanie, więc od razu je zadałem.
-Mógłbym dzisiaj do kogoś zadzwonić? – nie odezwał się. –Mógłbym? – ponowiłem prośbę, ale i tym razem gó*no to dało. Wywróciłem oczami i już nic nie mówiłem. Nienawidziłem tych ludzi, tego miejsca i wszystkiego co z tym związane.
Dotarliśmy do celi. Wszedłem do środka i poprawiłem włosy. Ochroniarz odszedł i zostawił mnie samego.

-„Kurde, a jeśli ten Steve ma rację? Jeśli naprawdę policja mnie udupi?”- zacząłem rozmyślać, a do głowy przychodziły mi coraz czarniejsze myśli…

---------------------------------------------------------------------------------------------------------
skomentujcie rozdział jeśli możecie :) Mam nadzieję, że wam się podoba!