VII. I HATE THIS FUCKING PLACE...

OLIVIA’S POV
Po złożeniu zeznań na policji, modliłam się tylko o to żeby Justin się odezwał. Nie mogli go tak po prostu zamknąć. Przecież on nic tak naprawdę nie zrobił, oprócz tego że wszedł do tego baru z bronią… Nikomu się krzywda nie stała. Zamiast łapać prawdziwych przestępców takich jak Matt, to oni zajmują się niewinnymi ludźmi. A przecież jego „wizyta” u mnie mogła skończyć się dużo gorzej…

-Kurwa… -wypowiedziałam cicho, widząc kto właśnie stał przede mną. Uśmiechał się szyderczo i zaczął pukać w szybę. Nie chcąc by moja mama cokolwiek usłyszała, natychmiast otworzyłam, pomimo towarzyszącego mi strachu.
-Czego chcesz, Matt? – spytałam drżącym i pełnym obaw głosem. Starałam się to wszystko jednak ukryć pod warstwą silnej i zdeterminowanej dziewczyny.
-Powiedz mi tylko gdzie jest Bieber, dobrze słoneczko? – powiedział z łobuzerskim uśmieszkiem na twarzy i zaczął głaskać mnie po policzku. Poczułam wewnętrzne obrzydzenie tym jak  mnie nazwał i szybko odtrąciłam jego rękę, cofając się w drugi kąt pokoju.
-Nie wiem gdzie on jest. – powiedziałam, choć miałam ochotę mu wykrzyczeć  żeby więcej mnie nie dotykał. Jednak powstrzymałam się, bo nie chciałam dodać sobie więcej problemów.
-Oh wiesz… -znowu skierował się w moją stronę. Moje serce zabiło szybciej, a oddech nie mógł się uspokoić.
-N-nie zbliżaj się do mnie – powiedziałam stonowanie, ale nic nie podziałało .Dłużej nie miałam zamiaru czekać aż mi coś zrobi. Uchyliłam drzwi i krzyknęłam pełna strachu, który wypełniał mnie całą – Mamo! – gdy to usłyszał, zasłonił mi usta ręką i przycisnął do ściany. Wyrywałam się na wszystkie sposoby. Słyszałam kroki na schodach i  po chwili  moja mama pojawiła się w pomieszczeniu.
-Jezu, Olivia! – podbiegła do mnie, a Matt odstąpił krok w tył. – Dzwonię na policję! – powiedziała, wyjmując telefon.
-Tylko się odważysz! – zagroził, wytrącając jej urządzenie z rąk. Mama stanęła, łapiąc się za serce. Ja tylko przypatrywałam się sytuacji, czując że tracę grunt pod nogami.
-Idź stąd, proszę… - mówiłam błagalnym tonem, na co Matt się zaśmiał.
-Oh, tak się was boję –śmiał się szyderczo, powoli wyjmując broń z kieszeni.Obie zaniemówiłyśmy i już chciałyśmy uciekać, gdy on przyłożył pistolet do skroni mojej mamy.
-Ruszysz się to ci coś zrobię –powiedział, przyjmując poważny wyraz twarzy. Momentalnie podbiegłam do biurka i wzięłam szklany wazon w ręce, a potem zachodząc go od tyłu, chciałam go rozbić na jego głowie. Jednak Matt odwrócił się i wyrwał mi przedmiot, uderzając nim o głowę mojej mamy, powodując że upadła na podłogę.
-Jezu! Mamo! – krzyknęłam i ukucnęłam obok niej, próbując zobaczyć czy nic jej nie jest.

Wzdrygnęłam przypominając sobie co wtedy czułam. To było okropne, a fakt że on wciąż jest na wolności, sprawiał że bałam się coraz bardziej.
-Olivia,przyjdź proszę! –zawołała moja mama z dołu. Westchnęłam i podniosłam się z łóżka. Zeszłam na dół, wiedząc że muszę jej pomóc bo od kiedy wyszła ze szpitala nie czuła się najlepiej.  Stanęłam tuż obok kanapy, na której leżała, a jej głośny oddech było słychać w całym domu.
-Mamo, wszystko dobrze? – spytałam i kucnęłam przy niej. Pokiwała głową i otworzyła zmęczone oczy.
-Tak. Po prostu trochę ciężej mi się oddycha. – uśmiechnęła się i złapała mnie za rękę, którą po chwili ścisnęła mocniej. –Ale muszę z tobą porozmawiać. – wywróciłam oczami w tył i spojrzałam na sufit, bo nie miałam najmniejszej ochoty na jakieś „poważne” rozmowy.
-Słucham… - powiedziałam od niechcenia i usiadłam na podłodze. Mama wzięła głęboki wdech i zaczęła.
-Czy chcesz czy nie chcesz, martwię się o ciebie. Zwłaszcza po tym co miało miejsce ostatnio. – popatrzyła na mnie ze smutkiem, który malował się na jej twarzy, a z każdym wypowiedzianym słowem coraz bardziej bała się mojej reakcji.
-Co chcesz przez to powiedzieć? – żartobliwie się uśmiechnęłam, aby rozluźnić napięcie, budujące się między nami.
-Rozmawiałam o tym z tatą. Oboje jesteśmy zdania, że… - tutaj wypuściła powietrze z ust i lekko się podniosła – że nie powinnaś się spotykać z Justinem. – już otworzyłam usta, by coś powiedzieć, ale ona nie dała mi dojść do słowa. – Zanim się odezwiesz, zastanów się nad tym co TY byś zrobiła na naszym miejscu. – pokręciłam głową, nie traktując poważnie tego co mi oznajmiła.
-Rozumiem, że się martwisz, ale nie możesz mi choć trochę zaufać?
-Oh, oczywiście że ci ufam. Ale niestety nie ufam Justinowi. Nic tego nie zmieni, Olivia. Sprowadził na ciebie zbyt wiele nieszczęść. I co ? Teraz nagle mam powiedzieć że to jest ktoś kto może ci zapewnić bezpieczeństwo? – popatrzyła na mnie, czekając aż coś powiem. Ja jednak nie miałam zamiaru. – Nie, prawda? – opuściłam wzrok w dół, by nie widzieć smutku który z pewnością wyrażały teraz jej oczy. –To nie jest tak, że ja chcę dla ciebie źle. Ja po prostu nie chcę codziennie, gdy wychodzisz z nim gdzieś martwić się o to czy nie wylądujesz przypadkiem w szpitalu lub… -tu zawiesiła głos, a ja popatrzyłam na nią ze łzą w oku. Zaczęłam trochę rozumieć, że wcale nie jestem bezpieczna w tym związku. Że w każdej chwili może mi się coś stać i jak wielki ból zadaję tym mojej rodzinie i bliskim.
-Mogę iść do pokoju? – spytałam, chrypowatym i drżącym głosem. Mama pokiwała delikatnie głową i pogłaskała mnie po ręce.
-Zawsze możesz do mnie przyjść. – przygryzłam dolną wargę i natychmiast popędziłam na górę. Nie chciałam żeby widziała jak zaczynam wierzyć w jej słowa.Kochałam go bardzo, ale to chyba nie wystarczyło. Potrzebowałam jeszcze jakiegoś… Jezu, sama nie wiedziałam jak mam to nazwać.
-„Może pójdę na komisariat… spotkam się z nim ,powiem co czuję.” – myślałam, jednak po paru sekundach zdałam sobie sprawę z tego, że wcale nie chcę mu powiedzieć co czuję tylko najzwyczajniej w świecie się za nim cholernie stęskniłam!
Bezradność pociągnęła mnie na dół, powodując że usiadłam na zimnej podłodze i włożyłam twarz w dłonie.Czy ja w ogóle miałam jakieś DOBRE wyjście?!Z moich rozmyślań wynikało,że nie.
-„Ta cała sytuacja jest po prostu do dupy!” – krzyczałam w myślach, a wewnętrzna chęć dotyku Justina, a jednocześnie oderwania się od niego sprawiła, że głowa zaczęła mnie strasznie boleć. Sięgnęłam po tabletki, leżące na moim biurku. Połykając jedną, popiłam wodą. Przysiadłam na łóżku i zaczęłam się bawić moją poduszką, aby cały stres odleciał gdzieś daleko i nie wracał.

JUSTIN’S POV
Uderzałem jakimś patykiem w kraty celi, wystukując byle jaki rytm. Nie spałem całą noc, ale teraz też jakoś mi się nie chciało. Albo inaczej. Po prostu nie potrafiłem zasnąć. Miałem za dużo myśli i spraw na głowie, żeby myśleć o śnie.Wtedy usłyszałem jakieś kroki na korytarzu. Chwilę później stał przede mną ochroniarz. Wstałem, a on z kamiennym wyrazem twarzy otworzył celę. Wyszedłem z niej pełen obojętności.On  oznajmił(wciąż nie wykonując żadnej mimiki twarzy):
-Teraz pana kolej obiadu. Proszę za mną . – następnie obrócił się na pięcie i zaczął iść prosto. Kierowałem się tam gdzie on i odczuwałem coraz większy głód, który  mi doskwierał. Wszystko było takie monotonne i ponure. Szczerze nienawidziłem tego miejsca i miałem nadzieję, że po rozprawie sądowej mnie stąd wypuszczą.
-To tutaj. – oznajmił i wprowadził mnie do miejsca, które wyglądało jak zwykła, szkolna stołówka, tyle że o wiele bardziej obskurna i odrażająca.
-Tia.. dzięki . – powiedziałem sarkastycznie i wkładając ręce w kieszenie, podszedłem do miejsca gdzie leżały tacki na których można było położyć jedzenie. Ospale poruszałem się po pomieszczeniu, a przechodząc wśród wszystkich którzy tam byli, czułem się jak w psychiatryku. Jedni się bili, drudzy rzucali jedzeniem, a trzeci wyzywali. W pewnym momencie poczułem, jak ktoś przypadkowo na mnie wpada.
-Co jest do cholery? –powiedziałem, odwracając się w drugą stronę. Miałem już krzyknąć, kiedy zauważyłem że za mną stoi chłopak w moim wieku, może nawet o rok młodszy. Był chudy, nie miał mięśni i okulary na nosie. W pierwszej chwili chciałem wybuchnąć głośnym  śmiechem, bo stał przede mną taki wystraszony, ale później zrobiło mi się go nawet żal.
-Przepraszam..-powiedział nieśmiałym i nieco cienkim głosem. – To nie było specjalnie. – spuścił wzrok w dół, widocznie bojąc się mojego spojrzenia.
-Dobra, nic się nie stało. – powiedziałem, cały czas patrząc na to jak drży ze strachu. – Serio, nic się nie stało. –poklepałem go żartobliwie po ramieniu, a on spojrzał na mnie i coraz mniej się bał.
-Jesteś na razie pierwszym  tutaj, który ma jeszcze trochę ludzkich odruchów. – zaśmiałem się i wyciągnąłem do niego rękę.
-Jestem Justin. – trochę, a raczej bardzo zdziwiony odwzajemnił gest.
-A ja Steve. – jeszcze raz objechałem go wzrokiem od stóp aż po czubek głowy i cicho parsknąłem śmiechem.
-Jestem strasznie ciekawy jak się tu znalazłeś, bo jakoś nie wyglądasz mi na rasowego przestępcę. – rozszerzył kąciki ust i począł iść w stronę  okienka, gdzie wydawano jedzenie, a ja podążałem razem z nim.
-Siedzę tu bo mnie wrobiono. – powiedział i wzruszył ramionami. – niestety policji można wmówić wszystko, a ci idioci i tak nie skapną się kto mówi prawdę.
-Debile – potwierdziłem.
-A ty? –obrócił się w moją stronę.
-Ja? Szkoda gadać. – machnąłem ręką i nim się zorientowałem miałem na tacce talerz z obiadem. O ile tak to można było nazwać.
-Mmm…apetycznie wygląda. –powiedziałem sarkastycznie, zajmując miejsce tuż obok Steve’a. Zaśmiał się.
- Przyzwyczaisz się. – odparł i zanurzył swój widelec w tym czymś, co nie wiem jak można było nazwać.
-Nie muszę się do niczego przyzwyczajać. Za tydzień lub dwa stąd wypieprzam. – od razu uniósł wzrok ku górze i spojrzał na mnie.
-Jak to? – powiedział, a jego ton był coraz smutniejszy.
-Jestem tylko aresztowany. Niedługo mam sprawę sądową.
-Jesteś pewien, że ją wygrasz?- zachichotał cicho i pokręcił głową. – Ja bym nie był taki pewien.
-Czemu  niby? –zareagowałem natychmiast i oparłem łokcie o stolik.
-Oni potrafią zrobić z niewinnego człowieka najgorszego bandytę, Justin. Ja…
-Panie, Bieber! – odwróciłem się i ujrzałem za sobą tego samego typa, który mnie tu przyprowadził.
-Tak? –spytałem ,wciąż siedząc.
-Proszę wstać. Przerwa dla pana się skończyła. – westchnąłem ciężko, zostawiając całą moją porcję.
-Hej, Steve!- pomachałem mu na pożegnanie i poszedłem za ochroniarzem.
Kiedy tak szliśmy, przyszło mi do głowy pewne pytanie, więc od razu je zadałem.
-Mógłbym dzisiaj do kogoś zadzwonić? – nie odezwał się. –Mógłbym? – ponowiłem prośbę, ale i tym razem gó*no to dało. Wywróciłem oczami i już nic nie mówiłem. Nienawidziłem tych ludzi, tego miejsca i wszystkiego co z tym związane.
Dotarliśmy do celi. Wszedłem do środka i poprawiłem włosy. Ochroniarz odszedł i zostawił mnie samego.

-„Kurde, a jeśli ten Steve ma rację? Jeśli naprawdę policja mnie udupi?”- zacząłem rozmyślać, a do głowy przychodziły mi coraz czarniejsze myśli…

---------------------------------------------------------------------------------------------------------
skomentujcie rozdział jeśli możecie :) Mam nadzieję, że wam się podoba!

5 komentarzy: